Bieżące informacje

Geografia

Informatyka

Matematyka

Praca w szkole

Wycieczki

 

 

 

 

Wycieczki szkolne

Wycieczki klasowe

Wycieczki tematyczne

Wycieczki godne polecenia

 

 

Holandia 2017

Hiszpania, Monaco 2016

Niemcy, Szwajcaria, Francja 2014

Wielka Brytainia 2013

Grecja Peloponez 2012

 

 

Grecja 2011

Włochy 2010

Serbia 2009

Belgia i Francja 2009

Litwa i Finlandia 2008

Wielka Brytania 2007

 
         

 

 

W 2017 roku wybraliśmy kierunek zachodni, chcąc zobaczyć bogactwo różnych gatunków kwiatów, zwłaszcza tulipanów, skoncentrowanych na powierzchni niewielkiego kraju, który walczy z morskim żywiołem wydzierając mu kolejne fragmenty jego dna i przekształcając je w poldery.

Kwiecień to chyba najlepszy czas, żeby tam pojechać, zwłaszcza że sami Holendrzy 27 kwietnia obchodzą hucznie Dzień Króla i nie szczędzą kwiatów na tę okazję.

Oczywiście pogoda bywa kapryśna. Dwa dni przed wyjazdem mieliśmy śnieżyce w Zakopanem, dlatego opuszczaliśmy to miasto w zimowej scenerii, a Holandię zastaliśmy chłodną, dżdżystą i wilgotną, z porannymi przymrozkami. Stąd radiacyjne mgły pojawiały się prawie w każdy poranek nad ziemią.

Nasz autokar przy ul. Słonecznej tuż przed wyjazdem

Poranne mgły radiacyjne w pobliżu ośrodka w Kamerijk

Zanim jednak wjechaliśmy do Holandii, zatrzymaliśmy się  w niemieckiej Kolonii by zwiedzić m.in. katedrę i muzeum czekolady w Kolonii.

Katedra św. Piotra i Najświętszej Marii Panny to trzeci pod względem powierzchni gotycki kościół w całej Europie, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO (pierwszy to kościół św. Marii w Sewilli i drugi Narodzin św. Marii w Mediolanie). Katedra ma 7000 m2 powierzchni.
To też trzeci najwyższy na świecie i drugi w Europie po Ulm (drugi jest kościół na Wybrzeżu Kości Słoniowej zaledwie o 0,5 m. wyższy), ale jako katedra to najwyższy na świecie.

Przed wejściem głównym katedry w Kolonii

Plac przed katedrą w Kolonii

Widok na katedrę w Kolonii z drugiej strony Renu

Głównym materiałem do budowy katedry był trachit sprowadzany z Siedmiogórza na wschodnim brzegu Renu.
Trachit jest skałą wylewną podobną do sjenitu. Zawiera przede wszystkim jasny skaleń i kwarc oraz ciemne plagioplazy i biotyt. Struktura jest wyraźnie porfirowa czyli takie ciasto skalne. U nas takie skały występują w Górach Kaczawskich.
Zanieczyszczenie powietrza przeżerało kamień i spalało go na czarno. Stąd ciągłe prace restauratorskie. W czasie, gdy odwiedzaliśmy katedrę, było widać konstrukcje budowlane na jej lewej wieży.
Obecnie we wnętrzu można zobaczyć czteroprzęsłowe, poligonalne zamknięte prezbiterium z ambitem (wąskim obejściem wokół prezbiterium za ołtarzem głównym) i wieńcem wielobocznych kaplic wschodnich.
Kościół jest pod względem architektonicznym na planie krzyża łacińskiego. Jest to pięcionawowa orientowana budowla (z częścią prezbiteralną zwróconą ku wschodowi, bo  wierzy się, że właśnie ze wschodu Chrystus nadejdzie jak "wstające" Słońce). Posiada trójnawowy transept (poprzeczna nawa pomiędzy prezbiterium, a resztą budynku).
Do największych skarbów katedry należy relikwiarz Trzech Króli. O nim wspominał Papież Benedykt XVI podczas zorganizowanych tam światowych dni młodzieży w 2005 r.
Co ciekawe, to było tuż po śmierci Ojca św. Jana Pawła II i to on wybrał Kolonię na miejsce XX światowych dni młodzieży.
Wewnątrz jest też figurka Madonny Mediolańskiej, bo stamtąd te relikwie dotarły do Kolonii w XII w, krucyfiks Gerona z X wieku i późnogotycki ołtarz Trzech Króli.
W jednej z wież jest największy bijący w Europie dzwon św. Piotra.
Kolonia jest nad Renem i naznaczyły ją dwie wielkie niszczące siły: jedna to zniszczenie w 90% w czasie II wojny światowej, a druga to powódź 1000-lecia.
Podczas bombardowań w czasie wojny zniszczono praktycznie całą Kolonię, ale alianci oszczędzili zabytek klasy zerowej i nie zbombardowali go.

Opiekunowie na moście Hohenzollernów z widokiem na katedrę w Kolonii

Pamiątkowe zdjęcie z Kolonii (kliknij na zdjęciu, żeby pobrać duży format)

Dwie wieże katedry mają ponad 157 m i do czasu ukończenia wieży Eiffla, była to najwyższa budowla w Europie. (144 m. długości i 86 szerokości). Niektórzy z naszych uczniów przekonali się, że można wyjść na te wieże za ok. 3 euro, ale trzeba pokonać ponad 500 stromych schodów w ok. 15-20 minut.
Budowa obecnego budynku rozpoczęła się w XIII wieku i trwała setki lat, a te strzeliste wieże ukończono dopiero w XIX wieku, ale wszystko na podstawie oryginalnych planów z czasów średniowiecza. W budowie zastosowano formy francuskiego gotyku katedralnego. To najstarszy kościół biskupi Kolonii (od IV wieku był siedzibą biskupstwa). W średniowieczu to był ważny ośrodek pielgrzymkowy obok Rzymu, Jerozolimy, Akwizgranu czy Santiago de Compostella.

Widok z wieży katedry na most Hohenzollernów

Misterna robota jednej z wież katedry, a w tle Ren

Widok z katedry na Kolonię

Z przeciwnego brzegu Renu widać Kościół Świętego Marcina, jeden z dwunastu romańskich kościołów Kolonii. Znajduje się n terenie historycznego Reńskiego Przedmieścia, części Starego Miasta pomiędzy Renem a Starym Rynkiem. Powstał jako kościół opacki dla Benedyktynów, do których należał do XIX w. Był całkowicie zniszczony podczas II wojny światowej ale został odbudowany w latach 1945–1985. Na szczęście pozostawiono część oryginalnej architektury oraz dzieła sztuki tworzące historycznego wystroju wnętrza z XIII–XVII w.

Kościół św. Marcina w Kolonii wraz z nadbrzeżnymi kamienicami Katedra i most Hohenzollernów

Z Kolonią nie jest utożsamiana jedynie katedra. Tu znajduje się też najstarsza fabryka perfum. Już w 1709 roku powstała pierwsza Woda Kolońska, znana także pod nazwą Eau de Cologne. Została założona przez Włocha, Johanna Marię Farinę, perfumiarza, który opracował recepturę.
W skład kompozycji zapachowej Eau de Cologne wchodzą olejki eteryczne:
nuta głowy (bergamota, cytryna, pomarańcza),
nuta serca (lawenda, rozmaryn),
nuta bazy (neroli czyli kwiat gorzkiej pomarańczy).
Ich wzajemny stosunek ilościowy oraz wprowadzane niekiedy modyfikacje składu tej kompozycji, pozostaje tajemnicą producentów.
Farina opisywał stworzony przez siebie zapach następująco: "Mój zapach przypomina włoski, wiosenny poranek po deszczu; pomarańcze, cytryny, grejpfruty, bergamotkę, cytron oraz kwiaty i zioła, rosnące w mojej ojczyźnie." W produkty Fariny zaopatrywały się w XVIII wieku niemal wszystkie europejskie dwory królewskie i książęce, począwszy od króla pruskiego Fryderyka Wilhelma I Hohenzollerna, poprzez cesarzową Marię Teresę Habsburg, króla Francji Ludwika XV Burbona, włącznie z królem Polski, Stanisławem Augustem Poniatowskim.

Młodzi ludzie upodobali sobie też Muzeum czekolady,  w którym są częstowani pyszną czekoladą lub mogą kupić ciastka, czekolady, cukierki, figurki czekoladowe i wiele innych słodkich przysmaków.

Widok z jednej z wież katedry w Kolonii na kościół św. Marcina

Tu można zobaczyć, jak powstają kolorowe czekoladowe figurki

Oto gotowy czekoladowy produkt z Muzeum Czekolady

Po dłuższym spacerze wzdłuż brzegu Renu dotarliśmy do wspomnianego wyżej Muzeum Czekolady.
Ten niezwykle apetyczny obiekt, wyczuwalny już ze sporej odległości został otwarty w 1993 roku. Pomysłodawcą był ówczesny szef firmy Stollwerck - Hans Imhoff. Muzeum od początku cieszyło się niezwykłą popularnością i co roku przyciąga prawdziwe tłumy turystów, nie tylko tych najmłodszych.

Przy fontannie czekolady w Kolonii

Przy automacie tworzącym czekoladowe kosteczki

W salach wystawowych można zapoznać się z całą historią czekolady, od jej początków sięgających czasów Olmeków, Majów i Azteków, aż do chwili obecnej. Można poznać nie tylko produkt finalny, ale również metody wytwarzania czekolady. Co najważniejsze, można także skosztować co nieco z fontanny czekoladowej obfitości, a przecież nie trzeba nikogo przekonywać, że niemiecka czekolada jest po prostu wyśmienita! Warto wiedzieć, że od 2006 roku, nowym partnerem przy produkcji czekolady jest szwajcarski koncern cukierniczy Lindt & Sprüngli.

Przygotowanie ciasteczek maczanych w płynnej czekoladzie

Degustacja czekoladowych przysmaków

Urządzenia do wyrobu czekolady

Biorąc to wszystko pod uwagę, absolutnie nie powinien dziwić fakt, że Muzeum Czekolady rocznie odwiedza ponad pół miliona turystów, dzięki czemu znajduje się ono w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych muzeów niemieckich. W źródłach wyczytałem, że do października 2008 roku, czyli przez 15 pierwszych lat swojego istnienia, muzeum odwiedziło ponad 7,5 mln gości z całego świata.

Nasi uczniowie przy czekoladowej fontannie

Proces produkcji czekoladowych przysmaków jest zautomatyzowany

Kolejną atrakcją muzeum, oprócz tradycyjnych eksponatów, jest palmiarnia z drzewami kakaowymi. Warto przyjrzeć się również 3-metrowym fontannom czekoladowym, a także zakupić coś w sklepie z wyrobami czekoladowymi, które prześcigają się w formie i smaku. Można też obejrzeć kolekcję porcelany oraz zabytkowe automaty do sprzedaży czekolady.

Palmiarnia w Muzeum Czekolady Panowie profesorzy nad jednym z kanałów w Kamerijk

Długi przejazd z Polski i zwiedzanie w Kolonii sprawiły, że wszyscy już oczekiwaliśmy na nocleg. Ten miał miejsce w kameralnych warunkach niewielkich domków kampingowych wraz z większymi namiotami, w których wszyscy spotykaliśmy się na śniadaniach, obiedzie i organizowanych spotkaniach.

Opuszczamy nasz środek transportu udając się na nocleg w Kamerijk Wiejskie otoczenie naszego ośrodka w Kamerijk

Miejsce było z dala od zgiełku wielkiego miasta, na peryferiach Utrechtu. To coś w rodzaju agroturystyki i z tego powodu mieliśmy czasem dodatkowe atrakcje w postaci różnych zwierząt gospodarskich znajdujących się w pobliżu oraz swojskich zapachów, które mniej przyzwyczajeni do uroków wiejskiego klimatu woleli zamienić na zapach rozpalanego zawsze na wieczór ogniska.

Domki w Kamerijk Dzięki mostkom kanały nie takie straszne

Zawsze uważam, że ognisko wpływa bardzo pozytywnie na samopoczucie. Kiedy już było rozpalone, nasz pilot, Pan Bartek przynosił wielki głośnik i po chwili wszyscy już byli rozśpiewani.

Ognisko to podstawa każdego zgromadzenia na wolnym powietrzu W namiocie rozpalaliśmy w kominku dla przyjemnej i ciepłej atmosfery

Szczególnym odkryciem posiad przy ognisku był jeden z naszych uczestników - Mikołaj, który nadawałby się pewnie do Chóru Aleksandrowa, gdyż z wielkim zaangażowaniem odśpiewywał jeden z bardziej znanych utworów "Kalinka". Jednak wiele osób w grupie śpiewało z równie wielkim zaangażowaniem.

Jedna z piosenek w wykonaniu naszej grupy Mikołaj i "Kalinka"

Zimne wieczory nie były takie straszne pod warunkiem, że uczestnicy mieli kocyki, płomienie trawiły drewno, a dobry humor pomagał w spędzaniu przyjemnych chwil i rozwijaniu wspólnych pogawędek.

Oj cieplutko! Kasia przebojowa a Sebastian ledwie zipie :)

Następnego dnia pojechaliśmy do Amsterdamu, stolicy Holandii. Po drodze podziwialiśmy techniczne rozwiązania ułatwiające poruszanie się po gęstej sieci kanałów. W Holandii często można spotkać most zwodzony, który podnosi się na czas przepłynięcia statku.

Przed nami otwierany właśnie most zwodzony Konstrukcje mostu zwodzonego przed wejściem do Leidy

Nasze zwiedzanie w Amsterdamie rozpoczęliśmy od Ogrodu Botanicznego, który jest najstarszym ogrodem botanicznym na świecie. W odczuciu niektórych osób nie aż tak bardzo doceniony, ale Pan prof. Słowik wyjaśniał, że znajduje się tam wiele unikatowych roślin, które żyją tam od dawna i to sprawia, że ogród ten jest bardzo cenny.

Dla mniej wtajemniczonych szczególnie ciekawym miejscem okazała się motylarnia, w której różne gatunki motyli swobodnie się poruszały i czasami odpoczywały na ramieniu lub dłoni.

W ogrodzie botanicznym

W motylarni

Delikatne, pomarańczowe - barwa Holandii

Ogród powstał w I połowie XVII wieku, dokładnie 12 listopada 1638 roku.
Wśród kilku pawilonów jest sekcja "desert house" pełna kaktusów, która znajduje się w środkowej części obok szklanego budynku pełnego najpiękniejszych motyli.
Jest też palmiarnia, w której znajduje się najstarsza roślina ogrodu. Do Amsterdamu przybyła 300 lat temu, to kilkumetrowe drzewo chlebowe, które rośnie w ogromnej donicy.
Największy pawilon to "The Three Climates Glass House" pawilon, w środku którego znajdują się rośliny znakomicie imitujące dżunglę i lasy tropikalne południowej Ameryki.

"The Three Climates Glass House"

Okazałe rośliny w zewnętrznej części ogrodu

Roślinność ogrodu botanicznego w Amsterdamie

Po drodze w stronę pałacu królewskiego (dawnego ratusza) zobaczyliśmy Dom Rembrandta. Kiedyś kosztował krocie, ale Rembrandt chciał pokazać przede wszystkim rodzinie zamożnego burmistrza, której córkę poślubił, że nie jest łowcą jej posagu, tylko sławnym malarzem. Niestety ten zakup  i późniejszy romans z młodą gospodynią, przyjętą do pracy w jego domu, doprowadziły go do bankructwa, a Rada Kościelna określiła tę kobietę jako ladacznicę.

Wąskie uliczki Amsterdamu

Kamienica Rembrandta

W pobliżu Pałacu Królewskiego

Kolejny etap naszej wędrówki ulicami Amsterdamu obejmował Plac Dam z pomnikiem upamiętniającym wyzwolenie Amsterdamu. Pomnik Pamięci Narodowej w Amsterdamie jest pomnikiem zbudowanym w 1956r. po zakończeniu II Wojny Światowej. Upamiętnia zmarłych w trakcie konfliktów zbrojnych.
Został zaprojektowany przez holenderskiego architekta. Głównym elementem pomnika jest stożkowy, betonowy słup wysoki na 22 metrów, pokryty w całości przez biały trawertyn (jest to skała osadowa przede wszystkim z kalcytu – martwica wapienna, czasem jest określany jako alabaster egipski, łatwy w obróbce).

Amsterdam to kraina rowerów

Pomnik Pamięci Narodowej na Placu Dam

Nasze dziewczęta już po zakupach w Amsterdamie

Na przedniej stronie filaru znajduje się napis De Vrede (Pokój) i rzeźba składająca się z czterech połączonych figur męskich symbolizujących cierpienia znoszone w czasie wojny. Po obu stronach postaci znajdują się dwie postaci reprezentujące członków holenderskiego ruchu oporu. Płaczące psy u ich stóp wyrażają cierpienie i lojalność.

Rzeźba na pomniku Pamięci Narodowej w Amsterdamie Chodaki to też symbol kojarzony z Holandią

Ważniejszym miejscem w Amsterdamie jest ratusz według projektu Jacoba van Campena jest zwany też pałacem królewskim.
Kiedy w XVII w Republika Zjednoczonych Prowincji była u szczytu potęgi, zamożni kupcy zapragnęli symbolu mieszczańskiego charakteru miasta. Podjęli decyzję o budowie potężnego ratusza.
Po wybudowaniu nowa siedziba władz miejskich Amsterdamu stała się największą niereligijną budowlą Europy. Był to symbol tolerancyjnego, wielokulturowego, nie rządzonego przez Kościół miasta.

Budowa kosztowała 8,5 miliona guldenów – wówczas astronomiczna kwota. Ściany i fundamenty wzniesiono z żółtawego piaskowca z niemieckiego Bentheim.
Ratusz stoi na 13,659 drewnianych palach. Niegdyś liczbę tę znać musiał każdy holenderski uczeń. Na szczęście na zapamiętanie tego ciągu cyfr był sposób: „liczba dni roku, a przed nią 1, a za nią 9”.
Na przełomie XVIII i XIX wieku pozycja Amsterdamu na światowej arenie zaczęła spadać, a Holandia stała się częścią imperium Napoleona.
W 1806 roku brat Napoleona Bonaparte, Ludwik Napoleon został królem nowo utworzonego marionetkowego Królestwa Holandii Początkowo mieszkał w Hadze i Utrechcie, ale w 1808 roku przeniósł swoją siedzibę do Amsterdamu.
Nowy król przemianował ratusz na Pałac Królewski, ale we wnętrzach nie zmienił zbyt wiele. Więzienie w piwnicy stało się piwnicą z winami, a wielka „sala obywatelska” stała się salą balową.
Przed pałacem, na placu Damkazał wyburzyć wagę miejską, gdyż nie życzył sobie, by mu pod oknem ważono śmierdzące sery i od rana hałasowano.
Przemienienie ratusza w pałac było dla dumnego amsterdamskiego mieszczaństwa policzkiem. Był to symboliczny koniec epoki „wielkiego Amsterdamu”, w którym to nie Kościół, nie królowie i nie obce mocarstwa, ale właśnie mieszczaństwo miało najwięcej do powiedzenia.
Dzięki obecności w Amsterdamie brata wielkiego Napoleona Bonapartego Amsterdam stał się oficjalnie jedną z trzech stolic napoleońskiego imperium – obok Paryża i Rzymu.
Poza tym swoimi poddanymi Ludwik Napoleon interesował się tak bardzo, że nawet zaczął uczyć się niderlandzkiego. Nie do końca mu to wychodziło, z czym wiąże się pewna anegdota. W trakcie przemówienia wygłaszanego do amsterdamczyków Ludwik przedstawił się nie jako „koning van Holland” (król Holandii), ale jako „konijn van Holland” (królik Holandii). Król czy królik, po polsku też to brzmi podobnie. I też kupa śmiechu.

Bratanie się Ludwika z Holendrami nie przypadło do gustu jego bratu i w 1810 roku wściekły Napoleon Bonaparte nakazał miękkiemu braciszkowi, by ten wyniósł się z Holandii (co żona Ludwika, narzekająca na „brudne, śmierdzące” miasto przyjęła z ulgą). Marionetkowe Królestwo Holandii przeszło do przeszłości, a Holandia została wcielona do Francji. Nie na długo.
W 1813 roku imperium Napoleona się rozsypało, a z jego gruzów wyłoniło się nowe Królestwo Niderlandów – istniejące do dziś. Królem został Wilhelm I a władza trafiła w ręce dynastii orańskiej.

Ponieważ nie zdecydowano się na powrót do republiki i nowo powstałe niepodległe państwo było królestwem, gmach przy Dam pozostał pałacem. Tyle, że teraz należał on do „swojego” pomarańczowego króla, a nie francuskiego okupanta.
To właśnie obecność Pałacu Królewskiego czyni z Amsterdamu stolicę. Parlament, rząd i większość władz państwowych urzęduje przecież w Hadze; również w Hadze swe oficjalne biuro ma król lub królowa. Zapis w konstytucji, mówiący o tym, że inauguracje sprawowania urzędu przez nowych monarchów (w Holandii królów się nie koronuje), odbywać się muszą zawsze w „stolicy Amsterdamie”, ucina wszelkie spekulacje:
Stolicą jest Amsterdam, bo tutaj jest Pałac Królewski i kościół Nieuwe Kerk, czyli budynki, w których dochodzi do inauguracji sprawowania władzy przez nowych monarchów.

Pałac Królewski w Amsterdamie

Okazały gmach dawnego ratusza (dziś Pałac Królewski)

Jedna z dróg prowadząca do dworca kolejowego Amsterdamu

Dziś trudno sobie wyobrazić, ale na początku XIII wieku w miejscu dzisiejszego placu znajdowało się kilka niewielkich chałupek otoczonych zewsząd wodą. Jednak w Holandii ciągle trwa walka człowieka z tym żywiołem. Pomiędzy dzisiejszym hotelem Krasnopolsky a Pałacem Królewskim osiemset lat temu płynęła rzeka Amstel. To jej Amsterdam zawdzięcza swe początki – a także swą nazwę. Amstel wpadała tutaj do zatoki, łączącej stały ląd z Morzem Północnym. Po obu brzegach rzeki Amstel zaczęli osiedlać się pierwsi przybysze. Liczba ludności, zamieszkującej tereny, które dziś nazywamy Holandią, zaczęła w okolicach trzynastego wieku gwałtownie rosnąć. Nawet podmokłe terenu przy ujściu Amstel do IJ znalazły swych amatorów.
Ponieważ wokół królowały bagna i grząskie torfowiska, domy budowano na specjalnie do tego usypanych sztucznych pagórkach, tzw. terpach. Często były oddzielone od siebie rzeką. Pojawił się oczywiście pomysł budowy mostu, ale o wiele lepszym rozwiązaniem stała się budowa tamy. Tama to w języku niderlandzkim dam – stąd przyszła nazwa placu i końcówka nazwy stolicy.

Widok z mostu przed dworcem kolejowym Amsterdamu Statki wycieczkowe w Amsterdamie

W Amsterdamie jest 165 kanałów o łącznej długości 75 km. Najstarszym kanałem jest Oudezijds Voorbugwal z 1385 r. Najdłuższym kanałem jest Singelgracht,  którego długość wynosi 6,3 km. Z tego powodu jest tam 1500 mostów, 9 promów, 110 tramwajów wodnych i 120 rowerów wodnych.
W Europie najwięcej mostów jest w Hamburgu 2500, ale w Wenecji jest ich zaledwie 400, a we Wrocławiu tylko niewiele poad 100.

Po amsterdamskich kanałach pływa 120 statków wycieczkowych z panoramicznymi szybami i przewozi rocznie ok. 3,3 mln turystów.
Na amsterdamskich kanałach przycumowanych jest 2500 barek mieszkalnych. Nawet koty mają swoja własną barkę mieszkalną na kanale Singel.
Amsterdamskie kamienice stoją na 11 milionach dębowych pali (w zeszłych wiekach sprowadzanych m.in. z Polski). Pale mają długość 15-20 m, wbite w bagienne podłoże miasta. Do budowy przeciętnego domu wystarcza 10 pali ale budynek dworca głównego wymagał 9 tys. pali.

Jeden z licznych kanałów w Amsterdamie Główna ulica między dwocem kolejowym Amsterdamu, a Pałacem Królewskim

Kolejnym punktem naszego programu była wizyta przed Domem Anny Frank. Znana jest dzięki prowadzonemu przez siebie dzienniczkowi, który przetłumaczono na 70 języków i sprzedano w ponad 30 milionach egzemplarzach.
Mimo, że oficjalnie była Niemką żydowskiego pochodzenia, zalicza się ją do najbardziej znanych Holenderek wszechczasów. A dom, w którym się ukrywała jest jedną z najpopularniejszych atrakcji turystycznych Amsterdamu.
Muzeum Anny Frank ludzie licznie odwiedzają z powodu poruszającej opowieści kilkunastoletniej dziewczynki, która poprzez swój dzienniczek opowiedziała o okrucieństwach i bezsensie wojny. Znane są m.in. jej słowa: „Kiedyś ta straszna wojna się skończy i kiedyś znów będziemy ludźmi, a nie tylko żydami”, które pisała  nie tracąc optymizmu Niestety zginęła w obozie koncentracyjnym w Bergen-Belsen tuż przed wyzwoleniem.
Anna Frank urodziła się 12 czerwca 1929 roku we Frankfurcie nad Menem w żydowskiej rodzinie. Kiedy w 1933 roku Hitler doszedł do władzy i w Niemczech rozpoczęły się prześladowania żydów, ojciec Anny, Otto Frank, uciekł z rodziną do Holandii.
Rodzina Frank trafiła do Amsterdamu. Przedsiębiorczy Otto rozkręcił tu własny biznes. Kiedy jednak w maju 1940 roku Niemcy zajęli Holandię, również w Holandii Żydzi nie mogli czuć się bezpiecznie. Na początku lipca 1942 r. Otto wraz ze swoją rodziną zaczęli się ukrywać.
Otto, jego żona Edith oraz dwie córki, Margot i Anne, przeprowadzili się na tyły kamienicy, w której dotąd mieszkali. Po pewnym czasie do kryjówki dołączyła inna żydowska rodzina, małżeństwo van Pels z synem Peterem oraz pan Fritz Pfeffer.
Odcięci od świata, skazani na pomoc kilkorga zaufanych przyjaciół z zewnątrz i niepewni swego losu musieli się przyzwyczaić do spartańskich warunków życia, wiecznego strachu i do samych siebie. O atmosferze życia w nieustannej niepewności wiadomo dzięki Annie Frank.
Niewielki notes był prezentem, jaki Anna dostała od rodziców na trzynaste urodziny.
Kiedy wojna zbliżała się do końca i ośmioro uciekinierów z niecierpliwością czekało na ostateczną klęskę Hitlera, koniec okupacji i moment, w którym znów będą mogli wyjść na świeże powietrze, ktoś poinformował Niemców o kryjówce.
Ukrywający się trafili do obozów koncentracyjnych i tylko Otto Frankowi udało się przeżyć ten horror. Pozostała siódemka zginęła. Także Anna Frank zmarła na tyfus w obozie koncentracyjnym.

Jako jedyny ocalały Otto Frank opublikował po wojnie wspomnienia córki. Jako dowód cierpień, które stały się ich udziałem, jako pamiątkę po zmarłej córce i pozostałych członkach rodziny, ale też jako literackie dzieło o walorach artystycznych. To, co uderza w dzienniku Anny Frank, to optymizm i wiara w człowieka. Mimo wszystkich zbrodni, aktów nienawiści i przemocy, które obserwowała wokół siebie, młodziutka Anna nie traciła nadziei.
Jest też inne oblicze tej historii. Podobno dzienniczek powstał w 1942 r. Od tego roku rodzina Otto co prawda ukrywała się, ale dalej wieczorami i w soboty prowadził on swoją firmę, zajmując się produkcją przypraw i pektyny. Normalnie wykorzystywana ona była, jako dodatek do galaretek, ale później Otto wszedł w kolaborację z Wermachtem i produkował pektynę w celu rozrzedzania ropy naftowej i do produkcji bomb ogniowych. Wszystko trwało tak do 1944 r. kiedy wydało się, że przy tym oszukiwał Niemców na duże sumy. To rozzłościło Niemców i wydano jego rodzinę, a następnie wysłano do obozów.

Do tego czasu wieczorami jego rodzina schodziła do gabinetu ojca i słuchała radia z Anglii, gdzie zachęcano do spisywania wszystkich zdarzeń z czasu wojny. Wpłynęło to tak na Annę Frank, że w 1944 r. przepisała swój dzienniczek wzbogacając go o więcej przemyślanych treści. Po wojnie Mayer Levin, amerykański pisarz mieszkający we Francji zetknął się z zapiskami Anny Frank i napisał III wydanie. to wpłynęło na znacznie bardziej dojrzały język, więcej emocjonalnych treści, które zachwyciły cały świat. Udowadniano później, że oryginalny tekst nie może być dziełem Anny, która zmarła w 1945 r, ponieważ został napisany długopisem, który wyprodukowano najwcześniej w 1951 r.

Prezentacja pilota przed domem Anny Frank Muzeum Anny Frank

W Paryżu można zobaczyć Mona Lisę, w Watykanie freski Michała Anioła, w Amsterdamie... oczywiście Straż Nocną.
Straż Nocna jest dziełem genialnego malarza, który przyszedł na świat w Lejdzie w 1609 roku. Dopiero później przeniósł się do Amsterdamu, gdzie rynek dzieł sztuki przeżywał szczyt swojego rozwoju.
Kiedy Rembrandt dostał zlecenie na obraz, który jest nazywany dziś jako Straż Nocna, był u szczytu sławy. Grupa bogatych amsterdamskich mieszczan, zrzeszonych w kompanii gwardii cywilnej, chciała uwiecznić swe oblicza na grupowym portrecie.
Kiedy po wielu miesiącach pracy artysta pokazał im końcowy rezultat, nie byli zachwyceni. Jak to, wybraliśmy najlepszego obecnie malarza w Amsterdamie, zapłaciliśmy mu solidną sumkę, a on zamiast namalować nas jak należy, tzn. w równym rządku, w statecznej pozie, w bezruchu, pokazuje nam takie dziwadło?
Tu ktoś sięga po broń, tam ktoś rusza ręką, jeden patrzy w lewo, inny w prawo, ktoś gra na bębnie, między nogami szwęda się pies, gdzieś indziej jakaś dziewczynka... Słowem, wszędzie ruch, chaos, akcja.
Przyzwyczajeni do pozbawionych ruchu statecznych portretów "strzelcy" marudzili, ale obraz odebrali i powiesili w swojej siedzibie. To, co ich w dziele Rembrandta irytowało, dziś uważa się za główną jego zaletę.

Na początku XVIII wieku przeniesiono Straż Nocną do ratusza na placu Dam i tam postanowiono płótno nieco przyciąć. Mierzący pierwotnie 5 m na 3,87 m obraz skrócono do rozmiarów 4,35 m na 3,63 m. Jedna szósta arcydzieła Rembrandta przepadła na zawsze.
Obraz próbowano również w późniejszych czasach zniszczyć. Do pierwszego poważnego ataku na obraz doszło w 1911 roku, kiedy szaleniec rzucił się na niego z nożem, a w 1990 r. kolejny próbował obraz oblać kwasem solnym.

Muzeum Narodowe (Rijksmuseum) Straż Nocna - słynne dzieło Rembrandta

Ja osobiście ucieszyłem się, gdy zobaczyłem w oryginale obraz Hendricka Avercampa "Pejzaż zimowy ze ślizgawką", na który kilka już razy powoływałem się podczas prowadzonych lekcji przyrody, gdzie widać odzwierciedlenie warunków pogodowych w twórczości artystycznej.

Pejzaż zimowy ze ślizgawką Hendrick Avercamp (1608) Rijks Museum i kolejne dzieła artystów

Rembrandt miał ogromny talent i dzięki niemu już za życia był bogaty, ale nie do końca roztropnie postępował z majątkiem. Kiedy kupił zbyt drogą kamienicę, a jego życie było naznaczone śmiercią synów i pierwszej żony, musiał wszystko sprzedać i najął się do pracy w pracowni malarskiej. Zdążył jeszcze namalować swój autoportret w wieku 63 lat (w Hadze) i niewiele później zmarł prawdopodobnie na dżumę. Został pochowany w zborowej mogile - do dziś nie wiadomo  gdzie...

Po drodze widzieliśmy jeszcze Muzeum Van Gogha.

Muzeum jest tak zorganizowane, że prace samego Van Gogha wiszą w porządku chronologicznym wraz z dziełami innych artystów z tego samego okresu.

Jeśli chodzi o jego prace własne, to jest ich tu około 700. Mniej więcej 200 obrazów i około 500 rysunków. Wśród obrazów przy których należy się zatrzymać są przede wszystkim: Jedzący kartofle, Pokój van Gogha w Arles oraz Pole pszenicy z krukami (inne tłumaczenie: Kruki nad łanem zboża). Jest również jeden ze słynnych Słoneczników.
Ten pierwszy to chyba najbardziej cenione płótno artysty. W swoim stylu jest to obraz bardzo surowy, gdzie dominują ciemne barwy: brąz, czerń i ciemna zieleń. Pokazuje postaci czterech wieśniaków jedzących gołymi rękami kolację, złożoną jedynie z ziemniaków. Artysta chciał tu pokazać nędze i nieszczęście tych osób. Ich twarze są w karykaturalny wręcz sposób powykrzywiane w cierpieniu. Obrazem tym chciał niejako złożyć hołd biedzie, której również sam nie jeden raz w swoim życiu zaznał.
Zupełnie inny w swoim stylu jest drugi bardzo ważny obraz czyli Pokój van Gogha w Arles. W nim z kolei dominują pogodne i żywe kolory. Przedstawia sypialnię malarza znajdująca się w mieszkaniu w którym przebywał w trakcie swojego pobytu we francuskim mieście Arles. To właśnie te kolory są tu najistotniejsze. One mają powodować że od samego patrzenia na ten obraz człowiek odpoczywa zupełnie tak jak on niegdyś odpoczywał w tym pokoju. Taki był zamysł o którym Vincent pisał w listach swojemu bratu. Trzeba przyznać, że faktycznie udało mu się ten efekt uzyskać.
Trzeci wymieniony obraz czyli Kruki nad łanem zboża jest ważny przede wszystkim dlatego, że uznawany jest za ostatnie dzieło Van Gogha. Tu opinie są różne, ale pewne jest, że został namalowany w ostatnim miesiącu jego życia. Oddaje też doskonale stan ducha mistrza w ostatnich dniach przed śmiercią. Przedstawia pole pszenicy, gdzie zboże ugina się pod wpływem porywistego wiatru. Nad wszystkim góruje pochmurne, ciemne niebo, a na nim widoczne są czarne ptaki – znak zbliżającego się upadku i śmierci.
Ciekawostką jest fakt, że nie tak dawno bo w 2002 roku doszło tu do spektakularnej kradzieży rodem z hollywódzkich filmów. Dwóch włamywaczy przedostało się przez dach do wnętrza budynku, skąd ukradli dwa obrazy Mistrza: Plażę w Scheveninge oraz Wyjście kongregacji z kościoła w Nuenen. Po roku udało się złodziei znaleźć i zamknąć w więzieniu, niemniej obrazów nie odzyskano do dziś. Co ciekawe zgodnie z holenderskim prawem po 30 latach roszczenia poszkodowanych czyli Fundacji Van Gogha przedawnią się, a płótna staną się pełnoprawną własnością złodziei. Oczywiście jeśli do tego czasu się nie odnajdą. Oznacza to, że w wieku 60 lat obaj panowie mają szansę stać się bardzo bogatymi ludźmi.

Autoportret Rembrandta w wieku 63 lat

Nasi uczniowie w muzeum (chwilowy przerywnik)

Atmosfera coraz gorętsza, p. prof wybrała obiad "na wynos"

Po powrocie do naszego ośrodka, wszyscy już czekali na posiłek. Tym razem ziemniaki z kurczakiem i sałatki, a do tego na deser ciasto. Jedna osoba w dość ubogo wyposażonej kuchni potrafiła zdziałać cuda, ale do pomocy garnęła się młodzież i dzięki temu sprawniej obiady były wydawane.

Karolina z Klimkiem pomagają w rozdawaniu posiłków Pani kucharka została nazwana "ciocią" i wszyscy chcieli Jej pomagać...

Po co zabrałem uczniów do Holandii? Bo uważam, że jest to jedno z piękniejszych miejsc na  świecie.

Przede wszystkim po to, żeby mogli zobaczyć, jak o tej porze roku cała usłana jest tulipanami. To nic, że niektórzy twierdzą, że te kwiaty pochodzą z Turcji, czy ze Sri Lanki. Najważniejsze jest, że w Holandii są najpiękniejsze. Trudno o tym pisać, dlatego poniżej prezentuję wiele zdjęć, które tylko w minimalnym stopniu oddają piękno tego, co podziwialiśmy w rzeczywistości.

Szczególnie piękne są w Ogrodzie Keukenhoff. Zajmuje on powierzchnię aż 32 ha. Kwiatowy ogród powstał zaledwie 50 lat temu, chociaż jako park istniał już od 1850 roku. Nazwa Keukenhof oznacza "ogród kuchenny" (w języku niderlandzkim) i pochodzi z pierwszej połowy XV wieku, kiedy teren ten należał do księżnej Jakoby z Bawarii. W ogrodzie polowała i zbierała zioła do kuchni. Główną atrakcją Keukenhof są kwiaty cebulowe kwitnące wiosną - m.in. tulipany, hiacynty, krokusy wiosenne, narcyzy.
I jeszcze kilka szczegółów dotyczących tego ogrodu:

- co roku wysadza się tutaj ręcznie 7 milionów cebulek;
- co roku zmieniana jest kompozycja, układ rabat, kolorów i odmian kwiatów;
- cebulki sadzone są warstwami - jedna na drugiej. Na samej górze sadzone są krokusy, gdyż zakwitają najwcześniej. Pod nimi sadzone są cebule wczesnych gatunków tulipanów, a na samym dnie cebulki gatunków kwitnących najpóźniej;

- Keukenhof jest największym ogrodem prezentującym kwitnące rośliny cebulowe - jedynym w swoim rodzaju, znanym na całym świecie;
- rośnie tu 2 500 drzew w 87 gatunkach, a łączna długość alejek, którymi mogą spacerować odwiedzający wynosi 15 km.;

- Keukenhof jest największym w Holandii parkiem rzeźb i najczęściej fotografowanym miejscem na świecie.

Po tych bogatych wrażeniach w ogrodach Keukenhoff, wszyscy mieli okazję kupić cebulki tulipanów, by wziąć ze sobą choć namiastkę tego co widzieli. Po południu udaliśmy się do Lejdy.

Lejda to miasto położone w nad Starym i Nowym Renem. Jest to jedno z najstarszych niderlandzkich miast, którego początki sięgają XI wieku. Wtedy na okolicznym wzgórzu wzniesiony został niewielki gród obronny, który w kolejnych wiekach rozbudowany został w okazałą twierdzę.

Opiekunowie na jednym z mostów Lejdy Widok na jedną z odnóg Starego Renu

Prawa miejskie i liczne przywileje Lejda uzyskała w 1266 roku. Największy okres rozkwitu Lejdy przypadł na tzw. "złoty wiek", kiedy miasto zamieszkiwane było przez blisko 100 tysięcy osób. Obecnie Lejda stanowi jeden z największych i najważniejszych ośrodków handlowych i przemysłowych Holandii. Handluje się tu  kwiatami. Wielowiekowa historia pozostawiła tu także wiele ciekawych i zabytkowych budowli. Jedną z nich jest renesansowy budynek ratusza (Stadhuis).

Ratusz w Lejdzie

Uliczki w Lejdzie

Inne spojrzenie na ratusz w Lejdzie

W Lejdzie znajduje się monumentalny XV wieczny gotycki kościół Hooglandse Kerk, a wokół niego sporo uliczek i odrestaurowanych kamieniczek.

Wąskie uliczki w pobliżu kościoła Hooglandse Kerk

kościół Hooglandse Kerk

kościół Hooglandse Kerk od strony zachodniej

Jednym z najstarszych i najcenniejszych zabytków Lejdy jest usytuowana w samym sercu miasta w rozwidleniu rzek okazała twierdza Burcht. Jej początki sięgają XI wieku, kiedy to sztucznie usypanym wzgórzu wzniesiona została pierwsza drewniana warownia. W kolejnych wiekach zastąpiono ją kamienną konstrukcją.

Twierdza Burcht Widok z twierdzy na kościół Hooglandse Kerk

W Lejdzie znajdują się dwie bramy miejskie (Morspoort i Zijlpoort). Jest też wybudowany w 1743 roku blisko 30 metrowy wiatrak De Valk a także wiele interesujących muzeów. Najciekawsze z nich to m.in. Narodowe Muzeum Starożytności (Rijksmuseum van Oudheden), poświęcone holenderskim mistrzom Stedelijk Museum De Lakenhal czy Państwowe Muzeum Etnograficzne (Rijksmuseum voor Volkenkunde). Wyjątkowe jest też Muzeum Historii Naturalnej w Lejdzie, gdzie można znaleźć niespotykane eksponaty. Oprócz np. Tyranozaurusa rex jest wiele doskonale zachowanych eksponatów typu mrówkojadzik, czy konik z zawartością żołądka albo nietoperz w ciąży i wiele innych stworzeń z detalami jakich nigdzie na świecie nie znaleziono.

Wejście w kierunku Twierdzy Burcht

Jedna z bram w centrum Lejdy

Brama miejska Zijlpoort

W 1606 roku w Lejdzie urodził się wybitny holenderski malarz, rysownik i grafik Rembrandt Harmenszoon van Rijn. Obecnie uważany jest on za jednego z największych malarzy holenderskiego złotego wieku (okres, w którym kultura, nauka, sztuka oraz potęga militarna i polityczna Holandii osiągnęły apogeum). Artysta pozostawił po sobie blisko 300 obrazów olejnych, tyleż samo grafik oraz około 1000-2000 rysunków (w Polsce znajdują się trzy jego dzieła).

Rowery skutecznie zapełniają każde wolne miejsce w Lejdzie Lejda miałą prawo inspirować Rembrandta...

Poniżej przedstawiam jeszcze kilka ciekawych fotografii z malowniczej Lejdy.

Pan prof. Słowik po zakupie sprzętu grającego w siódmym niebie :) Oczekując na pilota

Po zwiedzaniu Lejdy pojechaliśmy jeszcze do Delft. Zgodnie stwierdziliśmy, że najwyższy czas na zwiedzanie mniejszego miasteczka tak, by odpocząć od zgiełku ulicznego. Delft jest zabytkowym miastem położonym nad rzeką Schie. Jego początki sięgają połowy XI wieku, kiedy to założona została tu pierwsza osada. Wkrótce potem rozpoczęta została budowa pierwszego kościoła. Obecnie nazywany jest Oude Kerk. Prawa miejskie Delft otrzymało w 1246 roku od cesarza niemieckiego Wilhelma II Holenderskiego. W okresie średniowiecza miasto zamieszkiwane było głównie przez tkaczy oraz piwowarów. Na początku XVII wieku Delft stało się jednym z najważniejszych ośrodków w Europie gdzie produkowano fajans, a później porcelanę. W połowie XVII wieku w mieście działały aż 32 wytwórnie fajansów, których wyroby cieszyły się uznaniem na całym świecie.

Uliczki w Delft

Nieodłączny element holenderskich miasteczek - kanały

Kanały dodają uroku miastu

Jednym z najtragiczniejszych wydarzeń w dziejach Delft była potężna eksplozja arsenału jaka miała miejsce w 1654 roku. W jej wyniku wybuchł potężny pożar który zniszczył przeszło jedną trzecią całej ówczesnej zabudowy miejskiej. Odbudowa miasta trwała praktycznie aż do XVIII wieku.
Mimo burzliwej historii i wielkiego pożaru w Delft zachował się do czasów obecnych staromiejski układ urbanistyczny z centralnie usytuowanym podłużnym dużym rynkiem Groote Markt. Po jednej stronie placu wznosi się monumentalny gotycki Nieuwe Kerk (Nowy Kościół) z pięknym grobowcem Wilhelma I Orańskiego.

Rynek zdobi także pomnik wybitnego holenderskiego prawnika, filozofa i dyplomaty (zwanego także ojcem prawa międzynarodowego) Hugona Grocjusza (1583-1645).

Nieuwe Kerk

Nieuwe Kerk widziany z jednej z uliczek miasta

pomnik Hugona Grocjusza

Po drugiej stronie Groote Markt uwagę przyciąga renesansowy budynek ratusza miejskiego (Stadhuis) z pięknymi mansardowymi oknami, czerwonymi okiennicami i kamiennym portalem.

Renesansowy budynek ratusza miejskiego (Stadhuis)

Budynek rarusza widziny od tyłu

Jedna z uliczek w pobliżu ratusza

Kolejnym ważnym zabytkiem Delft jest usytuowany w pobliżu rynku majestatyczny XIII wieczny gotycki Oude Kerk (Stary Kościół), który pierwotnie nosił miano św. Bartłomieja. Jego charakterystycznym elementem jest 75 metrowa ceglana wieża, która jest odchylona aż i dwa metry od pionu. We wnętrzu świątyni warto zwrócić uwagę na XVI wieczną drewnianą ambonę oraz zespół witraży w większości wykonanych przez Joepa Nicolasa (1897-1972).

Miasto poprzecinane jest także siecią malowniczych szerokich kanałów nad którymi pobudowane są liczne romantyczne mostki. Z Delft związany jest także słynny holenderski malarz Jan Vermeer. To tu się urodził, wychowywał i spędził całe dzieciństwo. W 1660 utrwalił on miasto na jednym ze swoich najbardziej znanych obrazów (Widok Delft).

Osłaniająca od ostrego światła wieża kościoła Oude Kerk

Oude Kerk

Jeden z licznych kanałów w Delft

Holandia to kraj bardzo liberalny. Dlatego często przechadzając się uliczkami jej miasteczek, można znaleźć coffeshopy lub sklepy erotyczne. Prawo jest w zasadzie skonstruowane podobnie jak w innych krajach, ale swobodnie można kupić narkotyki należące do tzw. miękkich, czyli marihuanę lub haszysz. Posiadanie lub sprzedawanie innych, twardych narkotyków:  kokainy, heroiny, Extasy, amfetaminy jest już karalne.
Liberalni Holendrzy uznali na początku lat siedemdziesiątych, że walka z wszystkimi rodzajami narkotyków nie ma sensu. Ludzie tak czy siak będą korzystać z usług dilerów. Politycy stwierdzili w związku z tym, że skupią się nie na zakazywaniu i ściganiu, ale na kontrolowaniu i ograniczaniu szkód.
Dlatego uznali, że handel mniej groźnymi narkotykami miękkimi (soft drugs) nie powinien być ścigany.
Pierwszy amsterdamski coffeeshop został  otwarty w 1972 roku jako herbaciarnia Yellow Mellow. Jednym z największych i najpopularniejszych coffeeshopów w Amsterdamie jest istniejący od 1975 roku Buldog.
Najważniejsze z warunków stawianych coffeeshopom:
- coffeeshop nie może się reklamować;
- coffeeshop nie może sprzedawać twardych narkotyków;
- klienci coffeeshopu nie mogą być obciążeniem dla ludzi mieszkających w okolicach coffeeshopu;
- do coffeeshopu mają wstęp jedynie osoby, które ukończyły 18 rok życia;
- jedna osoba może w ciągu jednego dnia kupić w jednym coffeeshopie maksymalnie pięć gramów miękkiego narkotyku;
- w coffeeshopie znajdować się może maksymalnie 500 gramów narkotyków.

Coffeeshop Witryna sklepu erotycznego

Wieczorem, kiedy wracaliśmy już do naszego ośrodka, naszą uwagę zwróciły jeszcze ogromne powierzchnie zajęte pod szlaki komunikacyjne. Holandia, jako kraj nizinny ma jedną z najwyższych na świecie gęstość dróg kołowych, która wynosi ponad 330 km/100 km2. Wiele z tych dróg, to dobrze utrzymane autostrady, którymi można przemieścić się z południa na północ kraju w ciągu 3-4 godzin.

Wiadukty w pobliżu większych miast Holandia ma jedną z największych gęstość dróg

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wyjazdu do Kinderdijk, miejsca, które jest wyraźnym śladem walki człowieka z żywiołem morza.

Kiedyś Holandia była podzielona wielką zatoką Zuiderzee, która była następstwem katastrofalnej powodzi z 1287 r. Woda wdarła się głęboko w ląd ówczesnej Fryzji rozrywając kraj na dwie części. Mówiono wtedy, że powstało Morze Południowe. Badania wykazują, że na sto lat ląd osiada o około pół metra.
Dlatego w tym nizinnym kraju podejmowano decyzje o osuszaniu wód zatoki.
Określony obszar wodny był najpierw oddzielany od reszty wód systemem grobli lub wałów (dijk) a następnie pompy wypompowywały wodę i osuszały ląd wewnątrz tych wałów.

Dziś Holandia liczy ok. 4 tys. polderów; najmniejsze poldery mają hektar powierzchni a największym jest wschodnia część prowincji Flevoland o powierzchni 54.000 hektarów.
Na szczególną uwagę zasługuje tama Afsluitdijk (Ofszlajtdajk), którą zbudowano w latach 1927-1932. To jest jedna z największych robót wodno-inżynieryjnych w historii Holandii, także unikalna budowla w skali światowej. Na tamie jest autostrada, której długość wynosi 32 km, a sama grobla ma 30 km długości, szerokości 90 m i 7 m wysokości.
Do 1986 roku wzniesiono ostatnią zaporę, gigantyczną Oosterscheldekering. Składa się z 63 pancernych bram szerokich na 42 metry przymocowanych do betonowych filarów (18 tys. ton każdy i 65 m wysokości).  Mogą wytrzymać napór nawet z 16 m fali. Dzięki tym zaporom linia brzegowa od Belgii do Rotterdamu zmniejszyła się z 360 km długości, do 60 km.

Holendrzy zyskali dzięki temu poldery czyli pola uprawne które kiedyś były dnem płytkiego morza. Powstanie polderów było możliwe nie tylko dzięki usypywaniu grobli czy budowaniu tam, ale też dzięki holenderskim wiatrakom, które służyły do przepompowywania wody.

Wiatraki w Kinderdijk W Holandii jest bardzo zmienna pogoda od słonecznej do burzowej

 Kinderdijk to niewielka wioska w środkowej Holandii, położona na malowniczym polderze, około 10 km w kierunku wschodnim od Rotterdamu. Tym co przyciąga tu tysiące turystów z całego świata jest największy kompleks zabytkowych wiatraków jaki spotkać można obecnie na terenie Holandii. W sumie znajduje się tu 19 budowli ze śmigłami napędzanymi siłą wiatru. Niegdyś wiatraki wykorzystywane były do osuszania okolicznych terenów, a także nowo powstających przybrzeżnych mielizn morskich. Te w Kinderdijk powstały w połowie XVIII wieku i usytuowane zostały nad brzegami miejscowych kanałów. Ich głównym zadaniem miało być odpompowywanie wody z Nederwaard i niedopuszczenie do zalania Overwaard. Obecnie każdy z wiatraków jest zamieszkały, a jeden z nich został udostępniony dla zwiedzających. W 1997 roku zabytkowe wiatraki w Kinderdijk zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Nazwa tej miejscowości jest związana z legendą. W 1421 roku w wyniku sztormu okolice dzisiejszego Kinderdijk nawiedziła potężna powódź. Woda z rzeki przerwała wały ochronne i wdarła się do polderów. Jakiś czas później, gdy woda zaczęła opadać pewien miejscowy rybak wybrał się na groblę, by obejrzeć spustoszenia dokonane przez żywioł. W pewnym momencie zauważył kota stojącego na poręczy drewnianej kołyski i próbującego utrzymać równowagę, tak aby woda nie wlała się do jej wnętrza. Zaciekawiony przyciągnął kołyskę do siebie i ujrzał śpiące w niej dziecko. Na część tego niecodziennego wydarzenia, miejsce to nazwano właśnie Kinderdijk, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Dziecięcą Groblę.

 

 

 

Po podziwianiu pięknego typowo holenderskiego pejzażu udaliśmy się na najbardziej znaną plażę Holandii - Scheveningen.

Jedną z ciekawostek dotyczących nazwy tego miejsca jest jej wymowa: nikt nie wymawia jej tak jak rodowici Holendrzy. Podobno w czasie II wojny światowej, gdy chciano się upewnić, że dany żołnierz nie jest niemieckim szpiegiem, po prostu kazano mu przeczytać na głos słowo "Scheveningen". Niemcy (Polacy zresztą również) czytają bowiem to słowo jako 'szeweningen', podczas gdy wymowa holenderska jest niemal całkowicie inna, niezwykle dla nas trudna do powtórzenia, a nawet zapisania (Sheivninge).

Sweet focia (p. prof. Osiński i ja :) P. prof. Słowik ogląda Morszczyna
Sebastian na tle fal morskich Kontakt z morzem ważniejszy niż przemoczone buty
Molo w Scheveningen Fale morskie, toń morza, chmury i niebo - wszystko doskonale się komponuje
Chłopcy z zadowolenia mieliby nawet ochotę unieść się w powietrze Chłodno i wietrznie, ale w stronę morza

W końcówce tego bogatego w zwiedzanie dnia zaglądnęliśmy jeszcze do Hagi, bo w zasadzie Scheveningen jest jej częścią. Jest to miasto położone nad Morzem Północnym, trzeci co do wielkości (po Amsterdamie i Rotterdamie) ośrodek miejski w kraju.

Jego początki sięgają połowy XIII wieku, kiedy to cesarz niemiecki Wilhelm II Holenderski zbudował w tym miejscu niewielki zameczek myśliwski. Niespełna wiek później w jego sąsiedztwie założone zostało miasto, które z biegiem czasu rozrosło się w znaczący ośrodek handlowy.

Obecnie nasze zwiedzanie zaczęliśmy od Pałacu Pokoju, przepięknego renesansowego gmachu, w którym mieści się siedziba Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości.

Szybka ewakuacja z autokaru w Hadze Pałac Pokoju (Vredespaleis)

Dotarliśmy też do miejsca, gdzie znajduje się jeden z najcenniejszych zabytków miasta, którym jest okazały gmach siedziby parlamentu. Cały kompleks składa się dwóch dziedzińców: wewnętrznego (Binnenhof) i zewnętrznego (Buitenhof), a jego serce stanowi uznawana za jeden z symboli Hagi XIII wieczna gotycka Sala Rycerska (Ridderzaal). Budynek ten zdobią charakterystyczne smukłe wieżyczki, które nadają mu wygląd baśniowego zamku. Głównym inicjatorem jego budowy był hrabia Floris V (1254-1296), który w późniejszym czasie organizował tu wielkie biesiady. W kolejnych wiekach Sala Rycerska pełniła wiele różnych funkcji (m.in. stajni królewskiej czy siedziby sądu). Obecnie każdego roku w trzeci wtorek września królowa wygłasza tu uroczyste przemówienie przed członkami parlamentu w czasie którego przedstawia plany rządu na kolejny rok.

Nasza grupa przed Pałacem Pokoju Siedziba króla w Hadze

W XVI wieku Haga stała się siedzibą Stanów Generalnych oraz władz administracyjnych Republiki Zjednoczonych Prowincji Niderlandów. Mimo, że w owym czasie miasto posiadało obwarowań czy też przywilejów to bardzo szybko stało się głównym pretendentem do rangi politycznej stolicy kraju. Prawa miejskie Haga otrzymała w 1806 roku od Ludwika Bonaparte, a kilka lat później przeniósł się tu dwór wraz z królem, rządem i parlamentem. Obecnie miasto pełni funkcję administracyjnej i politycznej stolicy Holandii (stolicą konstytucyjną kraju jest Amsterdam). Swoje siedziby mają tu m.in. parlament, rząd oraz rodzina królewska.

Binnenhof Pałac - holenderski parlament Parlament w Hadze i Muzeum

Haga to także miasto sztuki, o czym świadczą liczne znakomite muzea. Należą do nich m.in. Mauritshuis zwane także Królewską Galerią Malarstwa oraz muzeum miejskie Gemeentemuseum. W pierwszym z nich podziwiać można dzieła najwybitniejszych niderlandzkich i flamandzkich malarz (m.in. Rembrandta, Johannesa Vermeera , Jana Steena, Fransa Halsa, Carela Fabritiusa, Gerarda ter Borcha czy Antoona van Dycka) w drugim zaś, znajduje się największa na świecie kolekcja dzieł holenderskiego malarza, twórcy neoplastycyzmu - Pieta Mondriana (1872-1944).

Maurithuis - Królewska Galeria Malarstwa Nasi uczniowie napawający się sztuką w muzeum
Najbardziej znany obraz Pottera z 1642 r. - Młody byk Uczniowie ze szkoły plastycznej dostrzegają sztukę, tam, gdzie my jej nie widzimy :)

W muzeum zobaczyliśmy też Dziewczynę z perłą Vermeera. Przez niektórych jest określana jako Mona Lisa północy. Dziewczyna z perłą ma na głowie niebieski turban. Aby go namalować, artysta użył jednego ze swoich ulubionych pigmentów – lazurytu, za który ówcześnie trzeba było słono zapłacić. Może to świadczyć o doskonałej sytuacji finansowej artysty, zwłaszcza, że kolor ten często trafiał na tworzone przez niego płótna.
Cały obraz jest wspaniałą grą światła i cienia, które Vermeer idealnie uchwycił.
Podejrzewa się, że dziewczyną z obrazu może być córka malarza – Maria. Inne źródła mówią, że kobietą z obrazu jest jedna z sekretnych miłości artysty.
Dzięki informacji uzyskanej od p. prof. Osińskiego, poniżej wystarczy kliknąć na linku, który przekieruje do miejsca z możliwością oglądnięcia filmu:

Kliknij, aby obejrzeć film

Film jest z 2003 roku, a reżyserował go Peter Webber.

Pan prof. Słowik był szczególnie zadowolony, gdy ujrzał obraz: Lekcja anatomii doktora Tulpa. Widać na nim doktora, który tłumaczy widzom szczegóły anatomii ludzkiej ręki. Na zdjęciu widać Jego zachwyt i nie wiadomo już co jest piękniejsze.

Dziewczyna z perłą Vermeera (1664) Lekcja anatomii doktora Tulpa - Rembrandt (1632)

Poniżej prezentuję jeszcze kilka ciekawych fotografii ze spaceru po zakamarkach centrum Hagi.

Hala targowa w Hadze

Oryginalna zabudowa Hagi, a w tle Grote Kerk

Jedna z uliczek Hagi

Na głównym placu Hagi

Grote Kerk

Handlowa ulica Hagi

Każdego dnia dochodziliśmy do wniosku, że wszystkie punkty programu naszej wycieczki są ważne. W kolejnym dniu nie mogliśmy się już doczekać, kiedy znajdziemy się w Goudzie. Obawialiśmy się, że nie kupimy tam serów, bo Holendrzy w tym dniu obchodzili Dzień Króla. W Utrechcie przekonaliśmy się o tym później dobitnie.

Gouda to nie tylko ser, ale ciekawe miasto. Warto zobaczyć rynek w Goudzie. Na środku trójkątnego placu stoi mały, choć imponujący ratusz, jeden z piękniejszych w Holandii. Zbudowano go w drugiej połowie XV wieku po tym jak w 1438 r. wielki pożar obrócił w popiół prawie całe miasto. Do wnętrza późnogotyckiego, zgrabnego, strzelistego budynku z czerwonymi okiennicami prowadzą dobudowane później, piękne, renesansowe schody.

Na prawej fasadzie umieszczono w 1961 r. ruchome figurki, ożywające co pół godziny na dwie minuty i odgrywające scenę nadania Goudzie w XIII wieku praw miejskich przez Florisa V.

Witryna jednego ze sklepów z serami Na placu w Goudzie z ratuszem w tle

Wnętrze ratusza można zwiedzać i ciekawe jest, że w cenę biletu wliczona jest kawa i stroopwafel z Goudy (typowo holenderskie, bardzo słodkie ciastko, składające się z dwóch okrągłych wafli połączonych lepkim syropem).
Także przy rynku, naprzeciwko tylnej części ratusza, stoi budynek wagi miejskiej Waag. Płaskorzeźba nad wejściem przedstawia scenę ważenia sera: to właśnie tutaj kupcy ważyli produkty, którymi handlowano na rynku. Obecnie w Waag znajduje się muzeum sera i tradycyjnych rzemiosł. Czasami organizuje się tu też pokazy poświęcone nie tylko produkcji tradycyjnego sera, ale i np. fajek (z nich też Gouda słynie).

Niedaleko rynku stoi kościół św. Jana Sint-Janskerk, najdłuższy kościół w Holandii (123 m). Ta zbudowana w XV i XVI wieku świątynia służyła najpierw katolikom, by później przejść w ręce protestantów. Obecnie kościół słynie głównie z kilkudziesięciu witraży, przez wielu uważanych za jedne z najpiękniejszych w Holandii. Niektóre z nich liczą sobie prawie pół tysiąca lat, inne pochodzą z okresu tuż po drugiej wojnie światowej. Sceny z tych szklanych, kolorowych, wielkich arcydzieł opowiadają w skrócie historię Holandii.

Przednia fasada ratusza w Goudzie

Budynek wagi miejskiej Waag

Kościół św. Jana Sint-Janskerk

Przyjechaliśmy tu głównie ze względu na sery Gouda, ale okazuje się, że te które tutaj się sprzedawało wcale nie musiały być tutaj wyprodukowane. To było miejsce, w którym producenci sprzedawali je hurtowo kupcom. Wiele z serów ze słowem „Gouda” w nazwie sprzedawanych obecnie na świecie często nie ma nic wspólnego z tym miastem czy nawet Holandią. Nazwa Gouda nie jest zastrzeżona i używana jest jako pospolita nazwa gatunkowa. Jedynie w przypadku serów ze słowami „Gouda Holland” w nazwie możemy mieć pewność, że wyprodukowano je w Holandii z mleka holenderskich krów.

Po sporych zakupach znaleźliśmy jeszcze chwilę czasu, aby wejść do jednej z wielu kawiarni, gdzie zaserwowano nam kawę z licznymi dodatkami (kawa + likier amaretto + bita śmietana + ciastko maślane + woda ekler w polewie pomarańczowej).

Uliczka z widokiem na kościół św. Jana Sint-Janskerk

W kawiarni

W tle najdłuższy kościół św. Jana Sint-Janskerk

Po wizycie w Goudzie pojechaliśmy jeszcze do Utrechtu. W tym mieście zastaliśmy tłumy ludzi obchodzących już święto narodowe - Dzień Króla (Koninginnedag).  Jest to bardzo nietypowe święto, ponieważ nie wiążą się z nim żadne oficjalne ceremonie państwowe, ma natomiast charakter wielkiego ulicznego karnawału. Święto jest obchodzone od 1890 r. jako dzień jedności narodowej, ale dopiero w 1949 r. obchody wyznaczono na 30 kwietnia – była to data urodzin królowej Juliany (matki ustępującej królowej Beatrix). Królowa Beatrix zachowała tę datę, ponieważ jej urodziny przypadają na styczeń, co nie sprzyjało zabawie pod gołym niebem, ale zmieniła charakter obchodów. Defiladę przed pałacem w Soestdijk zastąpiła wizyta rodziny królewskiej w dwóch miastach, co roku w innej prowincji, dzięki czemu monarchini mogła bezpośrednio spotkać się z poddanymi. Wieczorem w pałacu Noordeinde w Hadze odbywał się specjalny koncert z okazji urodzin monarchini.
W ramach tego święta na ulicach miast i miasteczek Holandii odbywa się największy festyn na świecie. Ubrani na pomarańczowo Holendrzy porzucają tradycyjną powściągliwość, aby oddać się rozrywce.

Nasi uczniowie oczywiście zajęli miejsca najbliżej sceny Krótki film z Dnia Króla
Dziewczyny tańczą, aż tu nagle Mikołaj na pierwszym planie! W oczekiwaniu na zbiórkę

Bogactwo kolorów w Utrechcie o tej porze roku zachwyca. Wszędzie jest pełno zieleni, jednak wśród ludzi dominuje kolor pomarańczowy.

Wiosna w Utrechcie to jak lato w Zakopanem W Dniu Króla (Koninginnedag) ludzie bawią się wszędzie

W Utrechcie znajduje się zabytkowa Katedra św. Marcina z XIII wieku. Została zbudowana w stylu gotyku francuskiego. Budowano ją od XIII do XVI wieku. Później w czasie reformacji niszczono kościoły katolickie i ucierpiała też katedra. Zniszczono wewnętrzne i zewnętrzne ornamenty. Zachowała się tylko część wschodnia, w pobliżu wieży. Zaczęto remont, ale zanim go skończono, zawaliła się kolejna część świątyni i dlatego wieża stoi kilkadziesiąt metrów od reszty katedry. Ciekawostką jest tutejsza tradycja, zgodnie z którą mieszkańcy Utrechtu nie powinni przechodzić pod wieżą, a omijać ją z dala.

Wieża Katedry św. Marcina

Wieża jest tak wysoka, że nie mieści się w kadrze

Jeden z kanałów Utrechtu

System kanałów, stare kamieniczki, rowery i bawiący się ludzie - tak zapamiętamy to miasto, a powstało już w I wieku. Wtedy Rzymianie założyli tu warownię. Ren w tym miejscu stanowił północną granice Imperium. Od siódmego wieku miasto było siedzibą biskupstwa i ważnym ośrodkiem katolicyzmu.

Rowery są wszędzie Tak się Holendrzy bawią w dniu Króla

W Utrechcie jest najstarsza uczelnia w mieście,  jest to założony w 1623 roku - Uniwersytet w Utrechcie. W strukturze wiekowej zdecydowanie przeważają młodzi ludzie, a na ulicach widać jeszcze większą ilość jeżdżących na rowerach.

Zabudowa uniwersytetu w Utrechcie Spojrzenie na kamieniczki Utrechtu

Nigdzie nie widzieliśmy tak dużej ilości rowerów, a już w tym mieście chyba sami Holendrzy mają z nimi problem, bo co krok, to można zobaczyć specjalne piętrowe parkingi dla rowerów. Tylko jak odnaleźć ten jeden konkretny?

My jednak wybraliśmy tradycyjny środek lokomocji, czyli nasz autobus i wróciliśmy na ostatnią już noc do ośrodka w Kamerijk. W trakcie tego powrotu jeden z naszych uczestników dał popis szybkiego układania kostki Rubika. Zresztą przez cały czas naszej wycieczki zapalał do nauki układania wiele osób.

Jeden z licznych w Utrechcie piętrowych parkingów dla rowerów Tym razem układanie kostki trwało poniżej 30 sekund!

W ośrodku każdego rozpierała energia. Chyba byliśmy pozytywnie naładowani tak wielką ilością atrakcji, które mogliśmy obejrzeć w Holandii, a może to wpływ zaskakującego wyniku meczu, jaki został rozegrany w czasie naszego pobytu w Holandii między Bayernem Monachium a Borussią Dortmund (2:3).

Wieczorne granie Dziewczyny kontra chłopcy  

Zaskakujący był wynik meczu rozegranego między dziewczętami i chłopcami. Pojedynek wygrały dziewczyny i w nagrodę mogły pomalować jednego z przegranych zawodników :)

Dziewczyny wreszcie w swoim żywiole!

Jak malowana dziewczynka!

Publiczny pokaz efektów pracy dziewcząt

Ostatni wieczór w ośrodku był pełen wrażeń. Każdy mógł wybrać coś dla siebie. Uczestnicy pokonywali rekordy, np. ilości osób które mogły się zmieścić w małych domkach kempingowych, ilości zdobytych bramek, czy kroków na parkiecie podczas tańca w rytm muzyki.

WIdać poświęcenie w trakcie gry w piłkę

Niektórzy oddali się pasji śpiewania

A inni tańczyli przy muzyce...

Miejsce, w którym mieszkaliśmy, dostarczało wielu wrażeń. Kto umiał to dostrzec, z pewnością nie wrócił z wycieczki zawiedziony. Kto spojrzał nieco dalej niż tylko na sam ośrodek, ten mógł zachwycać się pięknem otaczającego nas świata.

Uroki wiejskiej okolicy Bociek na łowach

Zawsze szkoda mi było dnia na sen. Chyba to uzasadnione, skoro mogłem zobaczyć takie cudowne obrazy tuż po nocy. Tu jeszcze tylko brakuje tych dźwięków ptactwa, które swoim śpiewem wyrażało radość z rozpoczynającego się słonecznego dnia.

Tak wyglądała okolica o 4.45 Słońce ledwie wstaje, a przy ziemi mgła radiacyjna
Zestawienie kropelek wody w mgle ze Słońcem dawało nieprzeciętny obraz Mgła opada, Słońce jest coraz wyżej

Nadszedł czas, kiedy musieliśmy już opuścić ośrodek. Po śniadaniu wszyscy sprawnie zapakowali swoje bagaże do autokaru i pojechaliśmy w stronę Belgii. Mieliśmy jeszcze do zwiedzenia Antwerpię, z niewielkim muzeum diamentów.

Klaudia i Maja w Muzeum Diamentów P. prof. Pandyra

W Belgii to jedno z ciekawszych miast. Jest to jeden z największych portów Europy, miasto Rubensa z ciekawymi fasadami kamienic i pałaców, miasto żydowskich złotników i szlifierzy diamentów.

Od 700 lat w Antwerpii prowadzą działalność złotnicy, jubilerzy i szlifierze diamentów. Obecnie aż 80% światowego handlu diamentami przechodzi przez Antwerpię.
Przemysł diamentowy w Antwerpii nierozerwalnie związany jest z Amsterdamem. W obu portowych miastach Żydzi wyspecjalizowali się w obróbce i handlu diamentami.
W czasie II Wojny Światowej żydowska społeczność Antwerpii bardzo ucierpiała. Żydów którzy nie zdążyli uciec z Europy deportowano do obozu zagłady w Oświęcimiu a niemiecki okupant zrabował wszystkie rezerwy diamentów.
Po wojnie władze miasta zrobiły wszystko aby przywrócić przedwojenną diamentową świetność miasta co tylko częściowo się udało.
W rankingu krajów wydobywających diamenty na pierwszym miejscu jest Botswana pozyskująca rocznie 30 mln karatów wartości $2,3 mld, co stanowi 22% światowej produkcji, potem Rosja, Kanada i RPA. To żaden kraj Europy, ale w handlu tym surowcem i w obróbce Antwerpia ma niewątpliwie znaczącą pozycję.

W muzeum można było zobaczyć, jak wygląda obróbka diamentów Pan prof. Osiński podczas podziwiania precjozów

Nasz Pan Pilot opowiadał, że dawno, dawno temu, nad rzeką Skaldą żył olbrzym zwący się Druon Antigoon. Olbrzym kazał sobie płacić cło od każdego, kto się przez rzekę przeprawiał. Kto cła nie zapłacił temu Antigoon rękę ucinał i wyrzucał ją do rzeki. Dopiero rzymski żołnierz Silvius Brabo ośmielił się przeciwstawić olbrzymowi i w walce go pokonał; odciął mu rękę i wrzucił do Skaldy. Tą legendę przedstawia fontanna na rynku starego miasta.
W języku holenderskim “rzucić rękę” znaczy “hand werpen” i stąd miałaby pochodzić nazwa tego miasta AntWerpen.

Wąskie uliczki i do tego powykręcane

Bogato zdobiona fasada budynków  w Antwerpii

Widok z boku ratusza w Antwerpii

Na szlaku naszej wędrówki zobaczyliśmy również Dom Rubensa.  To w nim żył i tworzył ten znakomity artysta. Wiele obrazów znajdujących się w muzeum namalował osobiście.
Dom tego największego barokowego malarza i najsłynniejszego antwerpskiego artysty został przejęty przez miasto dopiero w roku 1937, kiedy to był już praktycznie ruiną. Po latach renowacji, przywrócono mu dawną świetność.

Dom Rubensa

Charakterystyczny styl kamienic w Antwerpii

Widok na Katedrę Najświętszej Marii Panny

Dłuższą chwilę mogliśmy spędzić na placu Grote Markt, który jest centralnym punktem historycznego centrum Antwerpii. Znajduje się na nim Fontanna Brabo, ratusz miejski oraz wiele osobliwych kamieniczek, a w nich restauracji i kawiarenek.

Ratusz przy Grote Markt Kamienice na Placu Grote Markt

Przy placu o nazwie Groenplaats zbudowana została katedra uważana za najpiękniejszy kościół w kraju. Był często przebudowywany i dlatego trudno jednoznacznie określić styl tej budowli. Katedra nie jest tylko gotycka, ale też nosi cechy renesansu, baroku, rokoko i innych. Budowa jej trwała prawie 200 lat.

Co ciekawe w założeniu miała mieć dwie równej wysokości wieże, pożar sprawił, że budowę drugiej wieży odłożono na później, a w rezultacie pozostała o połowę niższa niż pierwsza. Jest to najwyższy obiekt w Antwerpii 123 metry.

Kościół Najświętszej Marii Panny Osobliwa rejestracja, a właściciel imigrant?

Opuszczając już Antwerpię i zmierzając do autokaru zobaczyliśmy jeszcze najstarszą budowlę Antwerpii - Zamek Het Steen wybudowany już w XIII wieku. Historia budowli przeplata się z legendami o tym, iż niegdyś zamek stanowił schronienie olbrzyma Antigoona. Jednakże oprócz mitologicznych postaci, Zamek Het Steen w różnych latach należał do dość znanych osobistości, takich jak przywódca krzyżowców Gotfryd z Bouillon lub też słynny malarz Peter Paul Rubens, który uwiecznił ową twierdzę na jednym ze swych obrazów. Od drugiej połowy 19 wieku, Zamek Het Steen jest muzeum.

Het Steen - zamek w Antwerpii Klaudia nad rzeką Skaldą

Wieczorem dotarliśmy jeszcze do ostatniego punktu programu naszej wycieczki - Akwizgranu. Symbolem miasta i monumentalnym świadectwem dawnej świetności Europy jest katedra Aachener Dom. Karol Wielki, władca Imperium Karolińskiego, wybrał Akwizgran na swoją siedzibę, przez co miasto stało się centrum pierwszego od czasów rzymskich prawdziwego imperium.

Aachener Dom

Aachener Dom od tyłu

Aachener Dom - widziana z przodu

Katedra, oraz przylegający do niej skarbiec, są największą atrakcją miasta - katedra została wpisana na listę dziedzictwa światowego UNESCO jako jedna z pierwszych 12 pozycji.
Przez 595 lat ( 936 -1531) w akwizgrańskiej katedrze odbywały się koronacje władców Świętego Cesarstwo Rzymskiego. Koronowano tutaj 30 królów i 12 królowych.

Prezentacja pilota przed budynkiem katedry Sprawdzamy, czy w nosie jest palec diabła

Katedra ma budowę kondygnacyjną, a na wyższej kondygnacji można zobaczyć tron Karola Wielkiego. Oprócz tronu Karola Wielkiego w katedrze można zobaczyć jeszcze skarbiec, który kryje najważniejsze skarby kościelne na północ od Alp, między innymi Krzyż Lotara, pozłacane częściowo popiersie Karola Wielkiego oraz sarkofag, w którym prawdopodobnie pochowano w 814 roku Karola Wielkiego.

Do katedry prowadzą Wilcze Wrota, a w przedsionku znajduje się wilczyca. Podobno mieszkańcy Akwizgranu wybudowali katedrę dzięki  pomocy diabła. Budowa świątyni przeciągnęła się w czasie i w miejskiej kasie zaczęło brakować funduszy. Mroczny nieznajomy (diabeł) zaproponował swą pomoc. W zamian zażądał pierwszej duszyczki, która przekroczy próg wybudowanej katedry. Zdesperowane władze miasta przystały na tę prośbę, wkrótce jednak ludzie zdali sobie sprawę, że pierwszą osobą, której dusza pójdzie w łapy diabła, będzie ksiądz lub biskup, który poświęci świątynię. Po namyśle zdecydowali przechytrzyć diabła. Złapali wilka i wepchnęli go w drzwi świeżo ukończonej katedry. Diabeł szybko wskoczył na zwierzę i wyrwał mu serce, by po chwili zdać sobie sprawę, że został oszukany. Rozzłoszczony wybiegł z kościoła, z trzaskiem zamykając drzwi za sobą. Jego kciuk utkwił w kołatce. Dziś w przedsionku katedry można zobaczyć posąg wilczycy z dziurą w piersi, a w kołatce na drzwiach katedry jest dziura. Jeśli włoży się do niej palec, można dotknąć kciuk diabła, który do tej pory tam tkwi.

Tron Karola Wielkiego Wilcze Wrota

Największą atrakcją po katedrze jest rynek, wraz z imponującym ratuszem, zbudowanym w 1350 roku w miejscu wcześniejszej twierdzy. W późniejszych latach został on przebudowany w barokowy pałac miejski, świadectwo epoki rozkwitu tradycyjnego mieszczaństwa.

Ratusz w Akwigranie Krajobraz Zagłębia Ruhry

Wyjeżdżając z Akwizgranu poczuliśmy się jakoś tak swojsko, bo nie tylko u nas narzekamy na czystość środowiska. Zagłębie Ruhry wciąż jeszcze boryka się z tymi problemami, których ślady widać chociażby na ścianach katedry w Kolonii. Jako Polacy nie mamy się czego wstydzić. Z przyjemnością wracaliśmy do Polski! A za rok? Czas pokaże...

   
   

 

   
   

^^ Powrót do początku spisu opisu wycieczki ^^

   
         
         

 

® Piotr Zięba